Ostatni z Piłsudskich - z Marianem Piłsudskim rozmawia Mariusz Pasek
     Od kilkudziesięciu lat mieszka pan w Suchedniowie i Ostojowie. Czy jest Pan spokrewniony z Marszałkiem Józefem Piłsudskim?
     MARIAN PIŁSUDSKI - Tak. Nie jest to jednak pokrewieństwo zbyt bliskie. Żeby sprawę wyjaśnić, konieczne jest przypomnienie historii rodziny. 
    Pierwsze wzmianki o praojcach rodu Piłsudskich datują się na wiek XIII. W roku 1205 urzędujący w Rydze biskup Adalbert sprowadził na swój dwór kronikarza, który przystąpił do spisywania dziejów Żmudzi. W sporządzonych przez niego zapiskach znajdujemy wiele informacji o rodzie Ginejt - Ginwiłł.
     Pierwsza próba spolszczenia tego nazwiska nastąpiła w czasach Uni w Horodle (1413), kiedy to pojawiło się nazwisko "Ginwiłłowicz". Jednak dopiero w 1539 roku doszło do zmiany definitywnej: starosta upicki Bartłomiej Ginwiłł przyjął nazwisko "Piłsudski-Ginejt-Rymsza" od swego ulubionego majątku Piłsudy {nazwa Piłsudy (pierwotnie wieś nazywała się Poworcie) związana jest bezpośrednio z ojcem Bartłomieja. Stanisław Ginwiłł był bowiem szanowanym sędzią, który miał prawo karać ludzi "na gardele". I stąd już prosta droga do nazwy majątku, którą nadała okoliczna ludność: "pił" po żmudzińsku oznaczało "gardło", a "sudy" - sądy}. Natomiast tytuł "Ginejt" (po żmudzińsku wyraz też znaczył "opiekun" lub "książę") też z czasem uległ przeobrażeniu na "Giniatowicz".
    W wieku osiemnastym ród podzielił się na dwie linie. Zaznaczyć jednak trzeba, że pozostawały one ciągle w bliskich związkach, wspierały się. W każdym razie ja wywodzę się z "lini Ferdynanda", a Józef Piłsudski z "lini Rocha". 
     * Z jakich źródeł pochodzą te informacje?
     MP: - Głównie od warszawskiego adwokata Stefana Piłsudskiego oraz Kazimierza Piłsudskiego (młodszego brata Marszałka). Obaj byli po I wojnie moimi prawnymi opiekunami.
     * Ile osób liczy obecnie ród Piłsudskich?
   MP - Dziś jestem w Polsce jedyny "po mieczu". Natomiast "po kądzieli" żyje kilka kobiet, noszą jednak nazwiska swoich mężów (np. żona byłego cywilnego ministra obrony narodowej, Janusza Onyszkiewicza).
     * W jakich okolicznościach doszło do pańskiego pierwszego spotkania z Marszałkiem?
   MP - Długa do niego była droga. By ją wyjaśnić, konieczna jest opowieść o moich przejściach wojennych. Otóż ojciec, powołany do wojska jako carski oficer, zginął na przełomie lat 1914 i 1915. Matka musiała, wraz z czwórką dzieci, wyjechać do Moskwy i Taszkientu (chodziło o "pościg" za zdeponowanym w Banku Państwowym Rosyjskim majątkiem rodziny - niestety, nie udało się go odzyskać). W końcu znaleźliśmy się aż na Kaukazie, w Piatigorsku. Tam matka została w czerwcu 1920 roku rozstrzelana przez Cze-Ka. O jej śmierci dowiedzieliśmy się z wiszącego na więziennym murze obwieszczenia. Ja miałem wtedy lat dziewieć, bracia po dziesięć i pięć, siostra sześć. Z naszego domu Cze-Ka wywiozło wszystko co się dało, nawet garnki. Został dziurawy czajnik (zatkaliśmy go jakimś dziecięcym sposobem) i - biżuteria matki oraz trochę pieniędzy. Rzeczy wartościowe mama ukryła bowiem w skrytce pod podłogą i nawet podczas dokładnej rewizji ich nie znaleziono. 
    Byliśmy jednak zupełnie opuszczeni, sami ... Pamiętam, że na zmianę ze starszym bratem wystawaliśmy po nocach w kolejkach, żeby rano dostać "kusoczek" chleba... W tych kolejkach ludzie nieraz marli na tyfus, marli z głodu...Pamięta, że trupy układano po prostu przy krwężnikach, a stamtąd co jakiś czas do zbiorowych grobów zabierały je leniwie jadące ulicą "arby".
    Pewnego dnia zauważyła mnie, marznącego w takiej kolejce, moja nauczycielka, rosjanka. Spytała: - Czemu ty stoisz w kolejce, a nie rodzice? Odpowiedziałem: - Nie mam rodziców.
    Nauczycielka wzięła mnie za rękę, poszliśmy do domu. Tam złapała się z przerażenia za głowę, widząc czwórkę dzieciaków w budynku nie ogrzewanym i ogołoconym z wszelkich sprzętów. Załatwiła więc naszej gromadce skierowanie do "pryjutu".
    *Panuje opinia, że w tych przytułkach warunki były pkropne.
    MP - Ale w każdym razie bbyło co do gęby włożyć, a to było wtedy najważniejsze. Jednak ja wkońcu uciekłem z tej "ochranki". Bezpośrednią tego przyczyną był ... śpiew w chórze. A konkretnie pieśni, jakie śpiewać nam kazali. Była ze mnie wtedy taka mała przekora, a przede wszystkim czułem się Polakiem - i nie chciałem śpiewać "Eto budjet nasz posliednij boj". Zamiast "nasz" ryczałem na całe gardło "wasz", co zasadniczo zmieniało sens pieśni... No i pewnego razu dostałem za to od wychowawcy w twarz tak, że na ziemię upadłem. A on wtedy dołożył mi jeszcze swoją trzcinową batutą...
    I wtedy postanowiłem natychmiast uciekać. Poszedłem do mojego katechety, księdza Rotha (ciekawa postać: czuł się Polakiem, jednak już na plebanii, ze swoją siostrą, rozmawiał tylko po niemiecku). Byłem u niego kilka dni, znalazł dla mnie opiekunów. Trafiłem do pochodzących z Nowogródka państwa O, których wojenna zawierucha rzuciła do Żeleznawocka.
    *Czy władze sierocińca poszukiwały pana?
    MP - Ksiądz się tego obawiał i dlatego nie mogłem dłużej pozostać w Piatigorsku. Inna sprawa, że dla nich moja ucieczka oznaczała o jeden kłopot mniej i pewnie się tym za bardzo nie przejmowali.
    *Co działo się wówczas z pańskim rodzeństwem?
   MP - Wszyscy trafili z przytułku do polskich rodzin. I rodziny te zaczęły wracać do Polski, zabierając dzieci ze sobą. Najbardziej poszczęściło się starszemu bratu. Jego opiekun, pan Hetner z Warszawy, poszedł z nim do Belwederu... Marszałek Piłsudski potwierdził, że chłopiec należy do rodziny oraz pionformował, że nasza babcia Eugenia wciąż żyje i mieszka w Wilnie. I brata wysłano do Wilna...
    Z siostrą było nieco więcej kłopotów, bo jej opiekunowie po drodze zmarli na tyfus. Ale na szczęście w Moskwie spotkała przypadkiem naszą dawną nianię Nstkę, która zawiozła dziewczynkę do Wilna. A najmłodszy zaś brat trafił na Litwę - ale Litwę Kowieńską. Do Polski wrócił dopiero po pięciu latach i sewgo ojczystego języka musiał uczyć się niemal od podstaw.
    *Czy pan rówież wtedy wrócił?..
    MP - Za dobrze by było! Mnie, z jakichś bliżej niznanych powodów, państwo O. z sobą nie zabrali, a "zwrócili" przed samym wyjazdem księdzu Rothowi. Miałem do nich wielki żal...W każdym razie u księdza byłem kolejnych kilka tygodni. W marcu 1922 roku został aresztowany - potem na krótko go wypuszczono, ale zdawał sobie doskonale sprawę, że nie przeżyje następnej fali aresztowań... Zorganizował więc mój wyjazd do księdza Wasilewskiego, do Mińska Litewskiego. W kwietniu wyruszyłem, obficie zaopatrzony na podróż, do Mińska.
    Dojechałem do Carycyna (później zwanego Stalingradem). Stamtąd miałem udać się do Moskwy. Ale na stacji - odchodząc od kasy - oddałem swe bagaże pod opiekę jakiegoś żołnierza. Wróciłem z biletem, a tu ani żołnierza, ani koszyka... Pewnie bym jednak do tej Moskwy i tak pojechał, gdyby nie podszedł do mnie o kilka lat starszy chłopak... pogadaliśmy chwilę i okazało się, że mój nowy znajomy jedzie do Chabrowska, do swoich dziadków... A mnie wtedy przypomniały się opowieści matki o stryju Bronisławie Piłsudskim. Mama mówiła, iż za udział w spisku na życie cara Aleksandra III został on skazany na katorgę i dożywotnie osiedlenie na Syberii. Miał jakoby mieszkać w Chabarowsku lub Irkucku...
   Pięć miesięcy zajęły mi wędrówki po Syberii, zrobiłem ponad dwadzieścia tysięcy kilometrów. To była durna podróż. Wędrowałem w gromadzie takich "wilczków", dzieciaków zezwierzęconych i bezdomnych - często uciekinierów z "pryjutów", rządzących się własnymi prawami. Nie byłem jedynym, który szukał rodziny po całej bezkresnej Rosji... Zawitałem do Chabarowska, Irkucka, Władywostoku...
     Stryja nie znalazłem, bo już kilkanaście lat wcześniej (podczas wojny rosyjsko - japońskiej) uciekł z zesłania do Japonii, a zmarł w roku 1917 w Paryżu.
     Byłem ledwo żywy, sama "skóra i kości", wreszcie latem 1922 roku dotarłem do... Mińska, do księdza Wasilewskiego. Nie zabawiłem u niego długo - ks. Wasilewski przeczytał list od ks. Rotha (pismo to przechowywałem starannie przez cały czas, zaszyte w pasie) i postanowił skontaktować się z polskim poselstwem. Służący w tej placówce kapitan był zaintrygowany moim nazwiskiem i postanowił zabrać mnie do Warszawy, gdzie właśnie go wezwano. A w Warszawie "zakwaterował" mnie przy ulicy smoleńskiej, u swego kuzyna Stanisława Wojciechowskiego, profesora SGGW i dawnego towarzysza Józefa Piłsudskiego, razem z którym wydawał "Robotnika" (a w kilka lat później, w roku 1926, S.Wojciechowski był tym prezydentem, którego Józef Piłsudski obalił w rezultacie zamachu majowego). Mieli tam ze mną sporo kłopotu. Ja, po swoich dotychczasowych przeżyciach, nie ufałem ludziom, a na dodatek mówiłem bardzo łamaną polszczyzną - i z nikim nie chciałem rozmawiać. Ale, okazało się, mówiłem bardzo dużo przez sen... Profesor Wojciechowski spisałe te moje majaczenia, a rano zaczął mnie wypytywać, o jakiego "Gienka" i jaką "Jankę" chodzi... Wyjaśniłem, że to moje rodzeństwo. Tak, od słowa do słowa, zaprzyjaźniliśmy się...
   *To dzięki Stanisławowi Wojciechowskiemu doszło do pana pierwszego spotkania z Marszałkiem?
  MP - Tak! To już była prosta droga. Pewnego dnia profesor zaprowadził mnie do Belwederu. Tam czekał na mnie Józef Piłsudski. Poklepał mnie po głowie i rzekł: - No, to mamy drugiego bolszewika... A mnie jakby kto wyrżnął w twarz! Ja "bolszewik"?! Później dowiedziałem się, że już wcześniej w Belwederze był mój brat, który wrócił przecież z Rosji. Marszałek zlecił opiekę nade mną stryjecznemu bratu mojego ojca, adwokatowi Stefanowi Piłsudskiemu oraz swojemu młodszemu bratu Kazimierzowi Piłsudskiemu.
    Do Wilna pojechałem dopiero po wielu latach, w 1934 roku. Było tak dlatego, że podupadłem na zdrowiu w rezultacie "wycieczki syberyjskiej" i bardzo rozchorowałem się po pogrzebie prezydenta Narutowicza - dostałem obustronnego zapalenia płuc.
    Dlatego w latach 1926-29 uczyłem się i mieszkałem w Otwocku (w klinice i sanatorium), a później w Zakopanem (w latach 1927-28). Początkowo mój stan był fatalny - pamiętam, jak inne dzieci zaglądały do mojej izolatki, sprawdzając, "czy mryga" - mryga oczami - znaczy się jeszcze żyje... Nigdy nie zapomnę pani Marii Wojciechowskiej, że wtedy przyjechała do mnie z prezentami i zadbała o mnie. To chyba dzięki jej ciepłym słowom - obudziła we mnie nadzieję, przeżyłem.
    *Czy w owym czasie spotykał się pan z Józefem Piłsudskim?
    MP - Tylko raz. W 1924 roku spotkaliśmy się u jednego ze stryjów. Marszałek zaprosił mnie wtedy, bym spędził wakacje w Sulejówku. Ale odmówiłem, bo na wakacje wolałem wybrać się do majątku stryja Stefana Piłsudskiego w Zaborowie Leśnym, z którego synem Lechem bardzo się przyjaźniłem.
     Marszałka ponownie ujrzałem dopiero po jego śmierci, na pogrzebie w maju 1935 roku...
    *Zapewne otrzymał pan, jako członek rodziny, specjalne zaproszenie na uroczystości pogrzebowe?
    MP - Nie. Ale o śmierci wiedziałem, zanim zdążyły o tym napisać gazety.
    Pracowałem wtedy w Nadleśnictwie Puławy i tam doręczono mi telegram: Przyjeżdżaj do Warszawy. Stop. Umarł stryj, podpisany przez Stefana Piłsudskiego. Nie wiedziałem początkowo, o którego stryja chodzi, bo miałem ich przecież w Warszawie trzech... Wątpliwości się rozwiały, gdy nadszedł telegram identycznej treści, podpisany przez stryja Kazimierza.
    W Belwederze złożyłem hołd zmarłemu stryjowi oraz kondolencje ciotce Aleksandrze i obu ich córkom (spotkałem je wtedy pierwszy raz od 1922 roku). Podczas pogrzebu szedłem za trumną wraz z bliższą i dalszą rodziną, do katedry oraz na Pole Mokotowskie, skąd trumnę przewieziono do Krakowa.
    *Czy rodzina popierała politykę prowadzoną przez Marszałka?
    MP - Generalnie rzecz biorąc w rodzinie nie było "rozpolitykowania". Nieliczni tylko angażowali się w spory polityczne. Do tych wyjątków należeli Jan Piłsudski (był działaczem BBWR, a w latach 1931-32 również ministrem finansów) oraz Rowmund Piłsudski - ten ostatni był z kolei BBWR przeciwny i w latach trzydziestych z przyczyn politycznych wyemigrował do Francji.
  Jeśli zaś chodzi o zamach majowy... Cóż, byłem po stronie demokratycznie wybranego prezydenta. A i przecież nie bez znaczenia był fakt, że w swoim życiu znacznie więcej serca zaznałem od Stanisława Wojciechowskiego niż stryja Józefa.
    *Czy nazwisko panu przed wojną pomagało, przeszkadzało, czy też było bez znaczenia?
     MP - Ja starałem się tym nazwiskiem nie afiszować. Ponadto chciałem jak najszybciej przejść na własne utrzymanie, wszystko zawdzięczać sobie. Dlatego poszedłem do szkoły leśnej, a nie na uniwersytet. Podobnie było później, w pracy. Jest też moja dziwna historia z wojskiem... Komisja Lekarska w 1933 roku stwierdziła, że jestem zdolny do służby. Miałem otrzymać przydział do renomowanej podchorążówki kawalerii w Grudziądzu. A tu zapadła cisza... No, to gdy już przyjechałem na pogrzeb Marszałka, przy okazji poszedłem do warszawskiej Rejonowej Komendy Uzupełnień, by dowiedzieć się, czemu jeszcze nie zostałem powołany. A tam usłyszałem, że... jestem obywatelem sowieckim, więc w wojsku polskim służyć nie mogę! Poszedłem z tą sprawą do stryja Stefana Piłsudskiego, a on zaczął rwać sobie resztki włosów z głowy: - Nie dopilnowaliśmy, nie dopilnowaliśmy!
   Okazało się, że istnieje przepis, w myśl którego wszyscy Polacy mieszkający pod zaborami, automatycznie uzyskiwali obywatelstwo Rzeczypospolitej... ale pod warunkiem, że wrócili do kraju przed końcem 1921 roku. Natomiast ci, którzy - jak ja - przyjechali później, muszą się najpierw zrzec obywatelstwa kraju, z którego przybyli...
     W roku 1936, choć miałem podwójną maturę, zostałem powołany nie do podchorążówki, lecz do dwuletniej służby zasadniczej. Służyłem w 7 płk. kawalerii w Mińsku Mazowieckim. Dowódcą mego plutonu był kolega z zakopiańskiej szkoły (często więc bywałem u niego na kwaterze), stopnie podporuczników posiadali również inni znajomi... i nie mogli się nadziwić się tej mojej sytuacji.
     *A czy w czasach PRL zwracano uwagę na pańskie nazwisko?
    MP - Ze strony "szarych ludzi" było to raczej zwykłe zainteresowanie, ciekawość - czyli tak, jak przed wojną. Natomiast dla władz PRL nazwisko "Piłsudski" było jak czerwona płachta na byka. Chyba nawet mniej przeszkadzały moje związki z Armią Krajową...
   Zaraz po wojnie chciałem studiować zaocznie w SGGW, ale moje podanie po prostu wyrzucono do kosza. Podczas referendum w 1946 roku nawet nie wpuszczono mnie do lokalu wyborczego...
   Kiedyś przyjechał ważny inspektor leśny z Warszawy, spojrzał w dokumenty i mówi: - A to swołocz! To ktoś o tym nazwisku jeszcze żyje?!... I to głównie nazwisku zawdzięczam, że przez całe lata pracy nie awansowałem... W sumie rozmaite szykany były dość drobne, ale za to niemal na każdym kroku. A życzliwi proponowali mi, żebym zmienił nazwisko i wyjechał gdzieś daleko...
    Ale nazwiska nie zmieniłem i z Suchedniowa nie wyjechałem. Nie miałem się czego wstydzić. 
     Natomiast pod nazwiskiem Giniatowicz zmuszony był wydawać swoje tłumaczenia mój stryjeczny brat Mariusz Piłsudski - zwolniony z MSZ poliglota, biegle władający dzesięcioma językami. Rodowe nazwisko Giniatowicz nie było już kojarzone z Piłsudskimi...
     *Dziękuję za rozmowę.

Unikatowe zdjęcie wykonane podczas kieleckiego zjazdu legionistów. W środku Marszałek Józef Piłsudski, z lewej gen. Rola-Żymierski, z prawej gen. Rydz-Śmigły (obaj zostali później marszałkami).

Brat Marszałka, Kazimierz Piłsudski (opiekun prawny M.Piłsudskiego).

Marian Piłsudski. Zdjęcie z archiwum M.Piłsudskiego.